500 dni i nocy w kamperze

Nie odliczałam, żeby nie było 🙂 Od liczenia w naszym podróżniczym duecie jest kapitan pojazdu Robert i to właśnie on mnie niedawno oświecił, że pół tysiąca nocy w mobilnym domku już za mną.

I jak to baba, zaczęłam sobie analizować troszkę i takie podsumowanie mi wyszło.

Prawdę mówiąc to nie spodziewałam się, że aż tak bardzo spodoba mi się kamperowe życie. Ogólnie przeczuwałam, że życie w ciągłej trasie i drodze jest dla mnie, ale jednak życie w podróży na pełny etat to coś innego niż nawet kilkumiesięczny trip, z którego się jednak kiedyś wraca do określonego środowiska.

Fakt, nie od początku było cukierkowo, a to z kilku powodów. Po pierwsze, to jednak trzeba nauczyć się funkcjonowania w tak małej przestrzeni, co jest dosyć trudne zwłaszcza wtedy, gdy jest się trochę taką ciapą jak ja, której zawsze wszystko leci z rąk i obija się dosłownie o wszystko. W sumie to jeszcze do końca tego nie ogarnęłam… Ale trzeba przyznać, że na szczęście męska część załogi potrafi naprawić prawie wszystko, a dzięki mnie ma nawet okazje, żeby przypomnieć sobie jak się naprawia rzeczy, które teoretycznie się nie psują. W zasadzie sporo takich okazji. Doczekałam się nawet przesunięcia pewnego elementu mocowania stolika, o który z własnej nieuwagi notorycznie się zahaczałam, nie raz sama nie wiem jakim cudem. I, uwierzcie lub nie, nastąpiło to bez jakiejkolwiek mojej petycji i proszenia się co pół roku. Ot, własna inwencja. Chyba ktoś już nie mógł patrzeć na kolejne siniaki które przypadkiem sobie nabijałam 🙂

Po drugie, to funkcjonowanie na małej powierzchni odbywa się z kimś. Do tego też trzeba się przyzwyczaić, a to wcale nie takie łatwe zwłaszcza dla osoby, która zawsze była typem samotnika. Kolejne dylematy pojawiają się, gdy jedna osoba jest raczej bałaganiarzem ( to ja gdyby ktoś miał wątpliwości ) a druga ma predyspozycje do bycia pedantem. Cóż, mogę stwierdzić, że ja nigdy nie miałam aż takiego porządku w mojej przestrzeni życiowej 🙂 Ale wynika to też z praktyczności, żeby nie było że jestem pod pantoflem, muszę bronić swoich babskich racji. Po prostu o wiele praktyczniej jest odkładać przedmioty po użyciu. No dobra, nie zawsze mi wychodzi, ale się staram. Po ponad 500 dobach mogę z całą pewnością stwierdzić, że udało nam się całkiem nieźle dograć ze sobą. Mam nadzieję, że to nie tylko moja jednostronna opinia.

Trzecia bardzo ważna sprawa to minimalizm. To pojemnością szafek podyktowana jest ilość posiadanych przedmiotów. Ale jeżeli człowiek wypada z tradycyjnego stylu życia to potrzebuje o wiele, wiele mniej rzeczy. Akurat ograniczenie posiadania nie było dla mnie jakimś wielkim problemem, ale domyślam się, że dla niektórych ludzi może to być bardzo trudne o ile nie niemożliwe. Zwłaszcza gdy musisz się zmieścić w jedną, maks dwie szafki w kamperze ze wszystkimi swoimi przydasiami.

A poza tym, życie w kamperze to jak w domu. Trzeba posprzątać, ugotować, zrobić pranie, czasem coś się zepsuje. Ale taki mobilny domek umożliwia wypicie kawy czy zjedzenie obiadu codziennie w innym miejscu. No i dla mnie to wolność, o której zawsze marzyłam. Robić co się chce i kiedy się chce. To jest czasami tak jak cudowny sen, który chciałabym śnić jak najdłużej. Tak więc życzę sobie kolejnych setek a potem tysięcy nocy spędzonych w trasie 🙂

Na koniec jeszcze kilka liczb. 500 dni i nocy w kamperze to dla mnie:

  • 6 zwiedzonych krajów, gdzie w każdym spędziliśmy kilka/kilkanaście tygodni: Wielka Brytania, Irlandia, Maroko, Francja, Portugalia i Hiszpania
  • 4 pory roku czyli pełen cykl i cały zakres temperatur od -8 na północy Szkocji do +35 w Irlandii
  • 5x przeprawa promowa, w tym traumatyczne 18 godzin na trasie Francja – Irlandia
  • 100% frajdy z jazdy za kierownicą mobilnego domu po obu stronach drogi, europejskiej i wyspiarskiej
  • cała masa spełnionych marzeń podróżniczych: plaże południowej Portugalii, francuska Bretania, dolmeny i kamienne kręgi Irlandii, wzgórza Szkocji, skała w Gibraltarze, bunkry i fortyfikacje we Francji i wiele wiele innych
  • dziesiątki nowych dla mnie smaków jak chociażby francuskich serków i bagietek, hiszpańskich win i tapas, portugalskich ciasteczek, szkockiego haggisa czy irlandzkiego guinnessa z sokiem z czarnej porzeczki.

Oczywiście dorzucam i trochę fotek, zaczynamy od południa

Medina w jednym z marokańskich miast

Ni to Maroko, ni to Hiszpania

Portugalskie plaże

Oraz portugalskie Porto

Brytyjski zalążek w Hiszpanii czyli Gibraltar z bliska i daleka. Żeby dostać się do tego interesującego miejsca, trzeba przejść przez lotnisko a konkretniej przez pas startowy, który jest oczywiście zamykany na czas startu i lądowania.

Zachód słońca w miejscowości Tarifa, która jest najbardziej na południe wysuniętym miastem kontynentalnej Hiszpanii. Jest również bardzo popularna wśród surferów.

Andaluzja i raj dla wspinaczy czyli El Chorro

Hiszpańskie Setenil de las Bodegas czyli miasteczko, gdzie skały wyglądają jak przyklejone do domów

Kolejne miasto w skałach – Guadix. Proszę zwrócić uwagę jak kominy wyrastają wprost z ziemi, tam pod ziemią żyją całe rodziny

Hiszpański fort, który bardziej przypomina zamek Disney’a niż fortyfikacje wojenne

Gdzieś w trasie, już nawet nie pamiętam gdzie, chyba Hiszpania. Ale piknie 🙂

Jedna z rewelacyjnych miejscówek w Hiszpanii, w sam raz na kilka nocy

I tutaj też niczego sobie

Francuskie miasteczko Sainte-Enimie nad rzeką Tarn

Kotwice na lądzie czyli muzeum we Francji, w tle jeden z wielu fortów

Kolacyjka z grilla w Bretanii

Kolorowe irlandzkie domki

Ruiny kościółka gdzieś w Anglii, wyjątkowo o wschodzie słońca

I kończę widokiem z północnej Szkocji czyli turystyczna trasa nc500

 

 

 

 

Dodaj komentarz